Ranny anioł
Nie tu się narodziłam,
Nie tutaj pierwsze kroki stawiałam,
Nie stąd pochodzę,
Nikt z was nie nauczył mnie latać.
Gdy tutaj przyszłam bezlitośnie skrzydła mi wyrwałeś,
A pióra śnieżnobiałe stopami podeptałeś,
Z młodej piersi wydarłeś niewinne serce,
O kamień je roztrzaskałeś, zostawiając mnie samą i w poniewierce.
Jak skała trwałam tej nocy,
Gdy w blasku gwiazd lśniły moje białe włosy,
A oczy błękitne się rozpuszczały,
Gdy z wyrzutem w Księżyc się wpatrywały,
Blada skóra nabierała barwy szafirowej,
Choć tlił się w niej jeszcze ostatni życia płomień.
Własną krwią obmywałam rany na plecach,
Choć skrzydeł już nie miałam,
Moje mięśnie i kości ostatkiem sił do Nieba chciały uciekać.
Ściskałam w swojej pięści jedno martwe pióro,
Choć było krwią pozlepiane nadal czuło,
Spojrzałam w stronę Nieba i choć oczy wylałam,
Twarz swą siną tęsknotą zalałam.
Schowałam to pióro głęboko w miejsce serca,
By wypełnić pustkę pozostawioną przez człowieka,
Odnalazłam swoje serce o kamień roztrzaskane,
Chwyciłam je w dłoń i razem z nim krwawię.
Ono jeszcze jest ciepłe, choć powoli umiera,
Starannie nuty ostatnie dobiera,
Nim nadszedł koniec serce z dłoni wypadło,
Rozbiło się na kawałki i jedno z piór wykradło.
Na ziemi tylko leżała postać sina i blada,
Z jej oczu łzy płynęły, a usta wypowiedziały ostatnie słowa:
Chcę znów latać.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz